Czary-mary od niezdary do kuchary

       Jako, że właśnie jestem w trakcie przygotowywania przyjęcia urodzinowego dla mojej córki Martyny, która 11.03 skończy siedem lat! Przepadam w  kuchni- w miejscu, w którym być uwielbiam! Ale nie zawsze tak było. Zapraszam Was do przeczytania moje historii jak to się stało, że taka niegdyś kuchenna niezdara obecnie pracuje jako Fit Kucharz. Wy czytajcie, a ja ide czarować tort…

        Pamiętam jak dziś niedowierzanie mojej babci Romy kiedy przyniosłam jej świeżo upieczone przeze mnie ciasto. O tak, w zasadzie jestem pewna, że bardzo długo żyła  w przekonaniu, że je kupiłam. Bo wszystkiego moja rodzina mogłaby się po mnie spodziewać, ale na pewno nie tego, że będę pracować jako kucharz!
    talerz owocowy
    
Kiedy mieszkałam jeszcze w rodzinnym domu, jedyne co mi w miarę wychodziło to parzenie mamie kawy. Kiedyś moja ciocia oburzona moją dwu-leworęcznością zagoniła mnie do obierania ziemniaków…Efekt był taki, że ze względu na zdrowie babci ( nie mogła patrzeć jak kaleczę te ziemniaki)moja robota skończyła się po pięciu minutach. No ale ja się w takim razie pytam – jakim cudem miałam umieć robić w kuchni cokolwiek skoro nikt niczego mnie nie nauczył?! Dzieci w kuchni wyłącznie przeszkadzały, a mogłam nauczyć się tak wiele! Doskonale pamiętam jak w moim rodzinnym domu robiono kaszankę, podpłomyki, domowy makaron i moje ulubione pieczarki prosto z płyty kuchni węglowej…Babcia Roma zawsze gotowała bardzo suto- tłusto, gęsto i konkretnie. A ponieważ wychowałam się na gospodarstwie rolnym to swojskich ziemniaków, pomidorów i jajek zawsze było w bród. Możliwości do tworzenia nieziemskiej kuchni nie brakowało, za to zabrakło zachęty ze strony gospodyń domowych do uczenia mnie czegokolwiek. Co ciekawe jako dziecko byłam niejadkiem i moje menu ograniczało się do domowych frytek, smażonego chleba w jajku i kanapek z żółtym serem. Do dziś nie wiem jak smakują flaki, za to wiem jak się je robi i przysięgam nie tknę ;P Z rodzinnego domu wyprowadziłam się w wieku szesnastu lat…
   I dopiero moja druga babcia, u której mieszkałam w okresie liceum zagoniła mnie do pomocy w kuchni, ale też tylko przy ciastach. Bo widzicie moja babcia piecze ciasta w bardzo tradycyjny sposób, czyli uciera je w makutrze. Strasznie pracochłonna i ciężka robota, ale ciasta mojej babci Anastazji (tej od omleta) dzięki temu są najlepsze na świecie. To długie ucieranie i dodawanie składników w dokładnej kolejności nauczyło mnie cierpliwości w kuchni. Babcia Anastazja nauczyła mnie jeszcze czegoś…Spokoju podczas gotowania, dobrego ducha w kuchni, delektowania się aromatami i smakami. Nie mniej jednak niejednokrotnie sama musiałam się przekonać, że nerwy w kuchni rujnują wszystko. Dlatego gdy ja rządzę w garach nikt, absolutnie nikt nie ma do niej wstępu. To mój azyl.

 

 

 

 

 

Potem na studiach – jak już wcześniej wspominałam; bardzo chciałam zaimponować mojemu (wówczas chłopakowi) Karolowi- który w późniejszym czasie został moim mężem 😉 Pierwszy rok studiów przebrnęliśmy na mrożonych pierogach z Piotra i Pawła…Potem zaczęły się moje nieśmiałe eksperymenty, które zazwyczaj były totalnymi porażkami. Ziemniaki za twarde lub rozgotowane, mięso przypalone i twarde jak podeszwa, a surówki  były ze słoika. Dramat! A potem zamieszkaliśmy razem i stawałam na rzęsach żeby mojemu ukochanemu dogodzić- warto zaznaczyć, że po drodze zaliczyliśmy miesięczne rozstanie, co później mocno mnie zmobilizowało;) Szło mi coraz lepiej, a Karol jak to Karol nigdy nie narzekał. Natomiast nie tylko na zdaniu Karola mi zależało. Jako córeczka tatusia z którym widywałam się raz do roku, bo tata wyjechał do UK; chciałam go ugościć jak najlepiej potrafię… Do dziś mi wypomina mojego de volaille, który ważył chyba z pół kilo i zajmował 3/4 talerza (ha ha ha ha).
O tym jak generalnie żywią się studenci chyba nie muszę pisać. Nie mniej jednak teraz z perspektywy czasu widzę jak dużo pieniędzy przepuściliśmy na „studenckie żarcie”. Bo gotowanie w domu- jeśli ma się choć odrobinę chęci, jest bardzo ekonomiczne. Ale wiem to teraz. Kiedy ja byłam na studiach nie było tak fantastycznych książek jak ” Warzywo” Dominiki Wójciak, „Ft słodkości” Kingi Paruzel, czy „Jadłonomia” Marty Dymek. A w tej chwili moja kucharska biblioteczka zawiera ok 40 pozycji 😀
No, a po studiach przeprowadziliśmy się do UK i ceny fast foodów typu KFC czy pizza powalały z nóg. Musiałam ostro przyłożyć się do domowej kuchni. Bo na świecie już była Martynka, także o jedzeniu na wynos nie było mowy.

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak na dobrą sprawę dobrze gotować zaczęłam wtedy kiedy rozpoczęłam moje „fit życie”. Wystartowałam tak na poważnie po ok 8 tygodniach od urodzenia Filipa w 2014 roku. Najpierw tylko treningi, a potem stopniowo zmiany w żywieniu. I tak np.od stycznia 2015 roku nie słodzę herbaty, nie pijam słodkich napojów i generalnie unikam żywności przetworzonej. Natomiast zawsze, ale to zawsze byłam łasa na słodycze. Zapach i smak czekolady wywołuje u mnie lawinę endorfin. Kocham słodycze i tyle 😉

 

Dlatego szukając alternatyw dla sklepowych słodkości zaczęłam tworzyć swoje wersje fit słodkości i tak oto zostałam zauważona…Po niespełna roku treningów wyłącznie  z Ewą Chodakowską wyruszyłam podbijać fitness klub 😉 Jak się okazało właściciel tego klubu prowadzi też firmę cateringową o dwóch profilach: 1. catering tradycyjny i 2. Fit catering.

 

 

 

 

 

 

Pewnego dnia, widząc co wyrabiam na instagramie – już wtedy mocno wkręciłam się w zdrowe gotowanie; poprosił mnie o zrobienie prezentacji moich produktów w jego fitness klubie. Przysięgam, do dziś nie mogę uwierzyć, że mi się to przydarzyło! Wszystkie moje fit słodkości zostały przyjęte z ogromnym entuzjazmem i tak oto zaraz po wakacjach rozpoczęłam pracę jako fit kucharz w Gyms Diner 😀 Z biegiem czasu apetyt na zdrową, odżywczą kuchnię zaczął się wzmagać. Przesyciłam się fit słodkościami i zaczęłam skupiać się bardziej na przygotowywaniu pełnowartościowych posiłków. Zaczęłam testować nowe produkty: mąki, kasze, makarony. Z biegiem czasu odstawiłam ze swojej diety mięso (poza rybami) i skoncentrowałam się na kuchni wegetariańskiej (pescateriańskiej). Oczywiście mojemu mężowi i dzieciom nadal serwuję potrawy z mięsa i lubię je przygotowywać, ale jeść nie muszę- o tym kiedy indziej.

  

 

 

 

 

 

Niedługo​ ​ minie półtora roku odkąd pracuje jako fit kucharz i wiecie co? Każdego dnia kocham gotowanie jeszcze bardziej! Ktoś mnie kiedyś zapytał skąd u mnie ten talent? I wtedy mnie olśniło! Przecież moja mama z wykształcenia jest kucharzem! Niestety z powodu choroby nie miałam okazji zobaczyć jej w akcji…Na szczęście przekazała mi swój dar i teraz ona może cieszyć oko i kubki smakowe moimi daniami…Ach…KOCHAM TO! Moja mama przypomniała mi również, że moją ulubioną zabawą było udawanie, że gotuję. Pamiętam, że jako dziecko miałam kilka plastikowych garnków, a za kuchenkę robiła krajzega mojego dziadka. Składnikami moich „potraw” były trociny z tejże krajzegi, ziarna kur i wszelkiego rodzaju rośliny…Potrafiłam się tak bawić godzinami! Z piasku lepiłam pączki, z trawy robiłam spaghetti, a z kwiatów desery. Gdyby tylko wtedy ktoś zauważył mój zapał do gotowania, dziś mogłabym być profesjonalnym kucharzem…Być może z osiągnięciami. Na szczęście wszystko jeszcze przede mną…Jedno jest pewne- cokolwiek robisz, rób to dobrze i nigdy się nie poddawaj…

 

12 Replies to “Czary-mary od niezdary do kuchary

  1. Pamiętam jak pierwszy raz ugotowałamach fit bułki dla mojego męża 😉 po kilku dniach nadawały się do rozbijania okien 😀 ale nie nie poddałam 🙂 dziś uwielbiam moja kuchnie 😉 uwielbiam gdy mąż wchodząc do domu mówi :”mmm.. Co tak pięknie pachnie „

  2. Czyli dla kazdego jest nadzieja 😉🤣. U mnie wiekszy problem jest z #niechcemisie 🙊. Bo nie mam pomyslow, a to jak cos, gdzies podpatrze to brakuje w domu skladnikow… Nic to w przyszlym tygodniu koniec marudzenia z mojej strony bo od wtorku chce kupic diete ewki ch. 😊 a tam wszystko jak na tacy.

  3. Super ze tak ci sie ulozylo 🙂
    Ja w wieku 32 lat postanowilam zmienic branze i robic to co lubie tak wiec ksztalce sie na kucharza 😉 dopiero teraz mnie olsnilo ze to jest wlasnie to co chce robic w zyciu 🙂 ale lepiej pozno niz wcale 😉

  4. Chciałbym umieć gotować. Znaczy umiem, ale robię to wg przepisów i takie podstawy. Wszystko wychodzi, smakuje, nie mam z tym problemu, ale podziwiam ludzi, którzy tworzą nowe przepisy. Skąd wiesz, co z czym łączyć, jakie proporcje, że z tego wyjdzie np. krem, z tego sos itd. Zawsze mnie to zastanawia jak się nauczyć samodzielności w kuchni. Trzeba zrobić najpierw milon posiłków z przepisów? 😊

    1. Nie da się ukryć, ze praktyka czyni mistrza…Ja też najpierw musiałam dużo trenować, żeby dziś móc pysznie gotować. Pozdrawiam

  5. Ciekawa historia 😉 mam nadzieje że tak jak i ty stanę się lepszym kucharzem. Tradycyjną polską kuchnię mam w miarę opanowaną teraz właśnie chciała bym nauczyć się zdrowo i kolorowo gotować i móc cieszyć się zdrowiem i zgrabną sylwetką 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *